Marcin Bida
Powieść w trakcie pisania

Pierwsze sześć scen

W swoim
świetle

Pożyczony aparat. Niedokończony rysunek. Dwoje ludzi, którzy uczą się wpuszczać kogoś do swojego świata.

Poznaj Noaha i Mayę w Bracken Bay, gdzie drobny gest może stać się początkiem czegoś, czego żadne z nich nie potrafi jeszcze nazwać.

Zacznij czytać

Bez pośpiechu. Tutaj zaczyna się historia.

Dwoje ludzi na ścieżce nad morzem, narysowanych kredkami. W swoim świetle, Marcin Bida.
W swoim świetle · Marcin Bida

Scena 1 / 6

Poranek

Pierwszy autobus przejechał przez Bracken Bay, kiedy właściciel piekarni dopiero wystawiał tablicę na chodnik. Wiatr od zatoki położył ją, zanim mężczyzna zdążył wrócić do środka. Postawił ją ponownie, tym razem opierając nogę o podstawę, i tak został — z kubkiem w dłoni, pilnując informacji o świeżych bułkach.

Główna ulica biegła przez kilka przecznic równolegle do wody. Dalej rozchodziła się w węższe drogi wspinające się między domami. Z niektórych okien widać było zatokę. Z innych trzeba było się wychylić i uznać, że błękitny fragment między garażem a cudzym praniem też się liczy.

Noah Ward miał właśnie taki widok.

Stał z jedną nogą w spodniach, kiedy usłyszał autobus. Przez chwilę patrzył, jak znika za piekarnią, po czym spróbował jednocześnie się ubrać i sięgnąć po plecak. Trafił kolanem w biurko.

— Wszystko dobrze? — zawołała matka z dołu.

— Tak.

Odsunął krzesło stopą.

— Biurko też.

Zwykle coś by odpowiedziała. Tym razem usłyszał tylko wodę puszczoną w kuchni.

Włożył do plecaka zeszyt, wyciągnął go, sprawdził leżącą pod nim kartkę. Zgoda na wypożyczenie szkolnego aparatu. Na dole nadal brakowało podpisu.

Zgiął formularz na pół i zszedł po schodach.

Clara stała przy zlewie. Miała już na sobie kurtkę do pracy, ale rękawy podciągnęła do łokci. Płukała pojemnik na jedzenie, chociaż na suszarce stały trzy czyste.

Na stole leżał chleb. Obok, pod cukiernicą, Noah dostrzegł cienką kartkę z nazwą szkoły u góry. Jego druga zgoda — na wycieczkę. Podpisana przed tygodniem, wciąż czekała, aż ją zabierze.

Wyciągnął ją spod cukiernicy.

— Szukałem tego.

— Tutaj nie szukałeś.

— Chciałem najpierw wykluczyć mniej oczywiste miejsca.

Matka zakręciła wodę. Kiedy się odwróciła, miała na ustach krótki uśmiech.

Noah włożył chleb do tostera i położył nowy formularz na stole.

— Jeszcze to.

Clara przeczytała nagłówek.

— Kolejna wycieczka?

— Aparat. Na zajęcia.

— Ten, o którym mówiłeś?

Skinął głową.

— Można go wziąć na weekend. Jeśli go nie zepsuję, podobno nawet na następny.

Z góry dobiegły kroki. Matka odsunęła mokry pojemnik od brzegu blatu. Noah rozprostował zagięty róg kartki.

Daniel wszedł do kuchni, poprawiając pasek zegarka. Otworzył szafkę, wyjął kubek, potem spojrzał na toster.

— To twoje?

— Moje.

— Zaraz przypalisz.

Noah nacisnął przycisk. Tost wyskoczył ciemniejszy z jednej strony. Ojciec nalał sobie kawy i oparł się o blat. Przez chwilę słychać było tylko łyżeczkę uderzającą o brzeg kubka.

— Wrócę później — powiedział Daniel.

Clara skinęła głową.

Wczoraj też stali w tej kuchni. Noah słyszał ich z góry, nawet przez zamknięte drzwi. Teraz ojciec wypił kilka łyków, odstawił kubek do zlewu i wyszedł. Zamek przy drzwiach wejściowych zacinał się; trzeba było pociągnąć klamkę do góry.

Clara sięgnęła do kieszeni kurtki po długopis.

— Co będziesz fotografował?

Noah spojrzał na nią znad talerza.

— Jeszcze nie wiem. Mamy wybrać coś stąd.

— Z Bracken Bay?

— Mhm.

Podpisała formularz.

— To dobrze. Nie stać mnie na twoją wyprawę do lasu deszczowego.

— Mogę zacząć od tego, co rośnie za garażem.

— Tego nie ruszaj. Może podtrzymuje płot.

Przesunęła kartkę w jego stronę. Przyjął ją z powagą i schował do plecaka, razem ze zgodą na wycieczkę.

Matka otworzyła szafkę pod zlewem. Drzwiczki opadły trochę na jednym zawiasie.

Noah odstawił talerz.

— Mogę to przykręcić.

— Po szkole. Teraz jedz.

Przytrzymał drzwiczki, żeby mogła wyjąć torbę. Potem domknął je i usiadł.

Clara zajrzała do pojemnika, w którym leżały już jej kanapki, i dopiero wtedy spojrzała na ten, który przed chwilą umyła. Postawiła go z powrotem na suszarce.

Noah obrócił tost na talerzu jaśniejszą stroną do góry.

— Lepiej — powiedziała.

— Wiem, co robię.

— Widzę.

Przez moment jadł, a ona zbierała swoje rzeczy. Wsunęła telefon do torby, sprawdziła kieszeń i wróciła po klucze. Noah patrzył na wyszczerbiony brzeg talerza.

— Mamo?

Zatrzymała się przy stole.

Podniósł głowę. Miała dłoń na oparciu jego krzesła.

— O której wracasz?

— Powinnam być przed tobą.

Skinął głową.

Clara poczekała jeszcze chwilę, potem zerknęła na zegar.

— Drugi autobus za trzy minuty.

Noah wstał tak szybko, że krzesło przejechało po podłodze. Wcisnął resztę tosta do ust, zarzucił plecak na ramię i ruszył do przedpokoju.

— Aparat — powiedziała za nim.

Cofnął się.

— Co?

— Zdjęcia mi pokażesz.

Przełknął.

— Jak będą dobre.

— Te pozostałe też.

Na dworze wiatr szarpnął mu kurtkę. Zbiegł ulicą w stronę przystanku, omijając kałużę, którą wczoraj uznał za płytszą. Właściciel piekarni nadal stał przy tablicy. Jej podstawę obciążał już kamień.

Kiedy zobaczył biegnącego Noaha, wskazał nadjeżdżający autobus, jakby chłopak mógł go nie zauważyć.

Noah podniósł rękę.

Dobiegł, gdy otwierały się drzwi. Dopiero na siedzeniu sprawdził kieszeń plecaka. Oba formularze były na miejscu. Wyjął zeszyt.

Scena 2 / 6

Bramka

Po lekcjach pani Bell przeczytała formularz i otworzyła szafkę za plecami.

— W poniedziałek rano — powiedziała, stawiając przed Noahem torbę. — Z ładowarką.

— Jasne.

Wyjął aparat, przesunął kciukiem po wytartym pasku i włączył ekran. W małej kieszeni były przewód i ładowarka. Zapiął ją, zanim zarzucił torbę na ramię.

Na zewnątrz pozostało niewielu uczniów. Ktoś przytrzymywał nogą drzwi, czekając na kolegę szukającego czegoś w plecaku. Z boiska dobiegł gwizdek.

Noah skręcił za halę. Do przystanku chodził przez dziedziniec ośrodka, między niskim budynkiem a ogrodzeniem. Pod ścianą stały ławki, a dalej kilka donic z krzewami pochylonymi w jedną stronę.

Przy bocznej bramce ktoś podniósł rękę.

Noah obejrzał się za siebie. Dwóch chłopaków schodziło właśnie w stronę boiska. Jeden odmachnął, nawet nie zwalniając.

Dziewczyna przy ogrodzeniu machała dalej.

Słońce wyszło zza chmur. Noah zmrużył oczy i przechylił głowę, próbując zobaczyć jej twarz. Widział jasny rękaw, ciemne włosy i coś dużego przyciśniętego do boku.

Podniósł rękę.

Dziewczyna od razu wyprostowała się przy bramce.

Uśmiechnął się do niej i szedł dalej.

— Hej!

Zatrzymał się.

Machnęła ponownie, tym razem przywołując go do siebie.

Noah wskazał na własną klatkę piersiową.

Skinęła głową tak energicznie, że podszedł do ogrodzenia.

Z bliska nadal jej nie rozpoznawał.

— Cześć — powiedział.

— Cześć. Wpuścisz mnie?

Spojrzał na bramkę. Od jego strony była klamka. Po drugiej tylko otwór po niej.

Nacisnął klamkę i pociągnął skrzydło do siebie.

Dziewczyna weszła bokiem, chroniąc przed ogrodzeniem dużą teczkę. Dopiero na dziedzińcu przełożyła ją do drugiej ręki.

— Dzięki.

— Nie mogłaś wejść?

Obejrzała się na bramkę, potem na niego.

Noah spuścił wzrok.

— Dobra. Głupie pytanie.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

— Myślałam, że się domyślisz.

— Myślałem, że się znamy.

— Dlatego mi odmachałeś?

— Z daleka nie widziałem twarzy.

Dziewczyna popatrzyła na miejsce, w którym przed chwilą stał.

— Machałam do wszystkich.

— To dobrze, bo już próbowałem sobie przypomnieć.

Poprawił pasek torby. Dziewczyna parsknęła śmiechem i odsunęła włosy, które wiatr przykleił jej do ust.

— Maya — powiedziała.

— Noah.

— Teraz przynajmniej wiadomo.

Oparła teczkę o udo i wyciągnęła z kieszeni złożoną kartkę. Jeden z rogów podwinął się pod gumkę obejmującą teczkę. Maya wysunęła go ostrożnie, wygładziła papier i spojrzała na budynek.

— Wiesz, gdzie tu zostawia się prace?

Noah zerknął na kartkę. Pod nazwą ośrodka był rysunek ołówka i kilka linijek drobnego tekstu.

— W środku pewnie będzie ktoś, kto wie. Wejście jest z drugiej strony.

Maya uniosła wzrok.

— Z drugiej.

Wskazał narożnik budynku.

Przez moment patrzyła w tamtą stronę, po czym złożyła kartkę.

— No dobrze.

Ruszyli wzdłuż ściany. Noah przesunął się na skraj chodnika, przepuszczając ją z teczką między ławką a donicą.

— Rysujesz? — zapytał.

— Próbuję się dostać na zajęcia.

— Tutaj?

Maya spojrzała na niego.

— Dzisiaj to głównie tutaj.

Uśmiechnął się.

Za narożnikiem zobaczyli otwarte drzwi. Kobieta na drabinie przypinała do tablicy ogłoszenie; taśmę trzymała między zębami. Gdy ich dostrzegła, wyjęła ją z ust.

— Z pracami?

Maya skinęła głową.

— Zaraz przyjdę. Możesz wejść, po lewej jest stół.

Wróciła do ogłoszenia. Maya popatrzyła na teczkę i przesunęła dłonią po jej krawędzi.

Noah zatrzymał się przy schodku.

— Ty też coś przyniosłeś? — zapytała, wskazując jego torbę.

— Aparat. Ze szkoły.

— Robisz zdjęcia?

— Uczę się. Pożyczyłem go na weekend.

Maya przytrzymała teczkę kolanem i poprawiła gumkę na dolnym rogu.

Kobieta zeszła z drabiny. Przesunęła ją pod ścianę i weszła do ośrodka.

Noah spojrzał w stronę ulicy.

— Muszę lecieć na autobus.

— Jasne. Dzięki za otwarcie.

Podniosła teczkę, ale przy drzwiach jeszcze się odwróciła.

— Noah?

Zatrzymał się.

— Następnym razem też możesz odmachać.

— Z daleka mogę nie poznać.

— To będę machać dłużej.

Uśmiechnął się i ruszył do ulicy.

Scena 3 / 6

Pierwsze zdjęcie

Clara siedziała przy stole z nogami na drugim krześle. Gdy Noah wszedł do kuchni, wsunęła palec między kartki książki.

— Dostałeś?

Postawił torbę na stole i rozpiął zamek.

Matka odłożyła książkę. Wzięła aparat w obie ręce, zajrzała w obiektyw, potem obróciła go ekranem do siebie.

— Poważny sprzęt.

— Jeszcze tylko fotograf.

Spojrzała na niego znad aparatu.

— Może się jakiś znajdzie.

Oddała mu go i przesunęła nogi, żeby mógł usiąść. Noah położył aparat na torbie. Przez uchylone okno dochodził warkot kosiarki; ucichł, po chwili rozległ się ponownie.

— Jadłeś? — zapytała.

— W szkole.

— Czyli nie.

Wskazała chleb na blacie. Noah wstał, wyjął talerz i otworzył szufladę ze sztućcami. Pogrzebał pod nożami.

— Tutaj był śrubokręt?

— W dolnej. Tylko uważaj, bo…

Szuflada wysunęła mu się w ręce. Przytrzymał ją brzuchem.

— Wychodzi cała — dokończyła Clara.

— Zauważyłem.

Podniosła się i zabrała z niej śrubokręt, a Noah wsunął ją z powrotem. Znalazł przy zlewie suchą ściereczkę, położył ją na podłodze i uklęknął przed szafką.

Drzwiczki opadły, kiedy je otworzył. Próbował podtrzymać je kolanem, ale końcówka śrubokręta ześlizgnęła się ze śruby.

— Potrzymasz?

Matka usiadła obok na piętach. Ujęła dolną krawędź drzwiczek i uniosła je odrobinę.

— Tak?

— Jeszcze trochę. Dobra.

Przykręcił zawias. Clara trzymała nieruchomo, dopóki nie odsunął dłoni.

— Możesz puścić.

Domknął szafkę. Górny róg nie zahaczył o blat.

Matka otworzyła drzwiczki, zajrzała do środka i zamknęła je za uchwyt.

— Wreszcie.

Noah zebrał ściereczkę. Kiedy wstawali, Clara oparła dłoń na jego ramieniu i przez moment została pochylona.

— Nogi mi zdrętwiały.

Poczekał, aż się wyprostuje, po czym podał jej śrubokręt.

— Szufladę zostawiam na jutro.

— Rozsądnie.

Odłożyła go na blat.

Noah umył ręce i zrobił sobie kanapkę. Jadł na stojąco, zerkając na aparat.

— Zrobiłeś już jakieś zdjęcia? — zapytała matka.

— Jeszcze nie.

Clara sięgnęła po książkę.

Noah usiadł naprzeciwko. Odłożył talerz, zdjął osłonę obiektywu i włączył aparat. Litery na ekranie były drobne; przybliżył go do twarzy, przesunął kciukiem po przyciskach. W końcu podniósł wizjer do oka.

Matka siedziała bokiem do okna. Światło padało na jej policzek i dłoń opartą na książce. Za nią został jasny kawałek ściany.

Zauważyła obiektyw. Poprawiła włosy przy skroni, potem pociągnęła za rękaw swetra.

— Nie dzisiaj, Noah.

Opuścił aparat.

— Okej.

Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę. Noah odłożył osłonę obok torby i sięgnął po kanapkę.

Na ulicy ktoś zawołał psa. Matka przesunęła wzrokiem po stronie, odnalazła miejsce i oparła się wygodniej.

— Pójdę nad wodę — powiedział Noah.

— Teraz?

Skinął głową z pełnymi ustami.

— Weź kurtkę. Wieczorem będzie chłodniej.

W przedpokoju zostawił szkolny plecak. Torbę z aparatem przewiesił przez ramię, a kurtkę zapiął dopiero na dole ulicy.

Przy piekarni ktoś zamiatał chodnik. Kamień leżał pod ścianą, obok złożonej tablicy. Noah skręcił w przejście między budynkami. Z każdym krokiem odsłaniało się więcej wody, aż wyszedł na ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu.

Wiatr poruszał paskiem torby. Po drugiej stronie zatoki słońce łapało szyby domów; jedna błyszczała tak mocno, że musiał odwrócić wzrok. Dalej, na ciemniejszym pasie wody, kołysała się mała łódź.

Noah przystanął i wyjął aparat.

Najpierw w wizjerze zobaczył poręcz. Przesunął się o krok. Teraz przez środek obrazu przechodziła latarnia.

Odsunął aparat od oka.

Coś mokrego dotknęło jego dłoni.

Przy torbie stał pies. Miał jasne brwi, ciemny grzbiet i jeden koniec ucha wywinięty na zewnątrz. Obwąchiwał kieszeń, w której Noah trzymał osłonę obiektywu.

— Nic tam nie ma — powiedział Noah.

— On woli sprawdzić.

Mężczyzna siedzący na niskim murku uniósł rękę ze smyczą. Drugą osłaniał oczy przed słońcem.

Noah podsunął psu pustą dłoń. Zwierzę powąchało palce, kichnęło i odwróciło się do właściciela.

— Przepraszam — powiedział mężczyzna.

— Chyba liczył na kanapkę.

— On po prostu lubi poznawać ludzi.

Mężczyzna poklepał się po kolanie. Pies wrócił do niego i usiadł przy butach.

Noah zerknął na aparat.

— Mogę zrobić wam zdjęcie?

Mężczyzna spojrzał najpierw na niego, potem na psa.

— Nam?

— Mhm. Do szkoły. Mamy sfotografować coś stąd.

— No dobrze. Tylko nie wiem, czy usiedzi.

Pogłaskał psa między uszami i skinął głową w stronę aparatu.

Noah cofnął się kawałek po ścieżce. Mężczyzna wyprostował plecy, złożył dłonie na kolanach. Patrzył prosto w obiektyw.

W wizjerze Noah widział go tylko od pasa. Przekręcił pierścień, zgubił ostrość, spróbował ponownie. Musiał cofnąć się jeszcze o krok.

— Momencik.

— Spokojnie.

Pies położył się przy butach mężczyzny. Ten sięgnął, żeby poprawić mu wywinięte ucho. Kiedy zabrał dłoń, ucho znów się odgięło.

Zostawił je i odwrócił głowę w stronę wody.

Noah przykucnął. W kadrze zmieścił się niski murek, łokieć oparty na kolanie i pies z pyskiem skierowanym ku zatoce. Mężczyzna patrzył w tę samą stronę.

Nacisnął spust.

Opuścił aparat i spojrzał na ekran. Linia wody lekko opadała w prawo. Przybliżył zdjęcie, przesunął obraz kciukiem, potem wrócił do całości.

— Wyszło? — zapytał mężczyzna.

Noah podszedł i podał mu aparat ekranem do góry.

Mężczyzna schylił głowę. Przytrzymał smycz między kolanami i osłonił wyświetlacz dłonią.

— O, jest nawet to ucho.

Pies podniósł pysk. Mężczyzna podrapał go pod obrożą i oddał Noahowi aparat.

— Dzięki — powiedział chłopak.

Schował aparat do torby. Kiedy odchodził, usłyszał, jak mężczyzna pyta psa, czy wracają.

Pies wyciągnął przednie łapy i położył na nich głowę.

— No dobrze. Pięć minut — powiedział mężczyzna.

Noah poprawił torbę na ramieniu i ruszył dalej.

Scena 4 / 6

Wieczór Mai

Maya odsunęła krzesło od biurka. Pearl otworzyła jedno oko.

— Ja też chciałam tu usiąść.

Kotka schowała nos pod łapę.

Maya wsunęła pod nią dłonie i usiadła z nią na kolanach. Przez chwilę poprawiały się obie, aż Pearl oparła łeb o jej przedramię.

— Tobie wygodnie?

Sięgnęła po ołówek wolną ręką.

Przy lampce leżała mała kartka ze zdjęciem kwiatu. Maya przytrzymała jej podwinięty róg. Różowe płatki zachodziły na siebie, ciemniejsze u nasady, niemal przezroczyste na brzegach. Dolny skręcał się lekko w bok. Właśnie przy nim najdłużej zatrzymywała wzrok.

Na jej rysunku wyszedł zbyt równy. Zniknęła drobna fałdka, która tak jej się podobała.

Maya przechyliła głowę i wróciła do szkicu. Pearl mruczała przy jej łokciu; kiedy kotka poruszyła łapą, przytrzymała papier nadgarstkiem.

— Jeszcze chwilę.

Poprawiła zagięcie i odsunęła kartkę na długość ramienia.

Tym razem płatek zdawał się lekko odstawać. Przechyliła rysunek ku lampce. Nadal to widziała.

— Jest.

Uśmiechnęła się do kartki. Zaraz przysunęła ją z powrotem; chciała spróbować z następnym, zanim ktoś ją zawoła.

Pearl uniosła głowę.

— No, zobacz.

Kotka ziewnęła tak szeroko, że Maya parsknęła śmiechem.

— Aż tak źle?

Z dołu dobiegł głos matki.

— Maya! Kolacja!

— Już idę!

Dokończyła kreskę i odłożyła ołówek. Pearl zeskoczyła z jej kolan, gdy odsunęła krzesło. W drzwiach Maya obejrzała się na biurko.

W kuchni pachniało pieczonymi ziemniakami. Matka postawiła naczynie na podkładce i zdjęła rękawice.

— Talerze — powiedziała, wskazując szafkę.

Maya wyjęła je i rozstawiła na stole, a obok położyła sztućce. Usiadła przy oknie. Za szybą ogród powoli znikał w zmierzchu.

Matka nałożyła jej ziemniaki.

— Wystarczy?

— Tak, dzięki.

Maya odgarnęła włosy za ucho. Na kciuku miała szarą smugę; potarła ją palcem pod stołem.

— Oddałam dzisiaj rysunki do ośrodka.

Matka sięgnęła po swój talerz.

— I co będziesz z tego miała?

— Na razie chcę się dostać na zajęcia.

— Ja pytam poważnie. Co będziesz z tego miała?

Maya przestała pocierać kciuk.

— Będę się uczyć. Chcę lepiej rysować.

— To naucz się czegoś, z czego będziesz mogła żyć. Zawodu, konkretnej pracy. Nie będziesz przecież całe życie siedzieć nad kartką.

— To są zajęcia po szkole.

— A potem? Myślisz czasem o tym, co będzie potem?

— Myślę, tylko teraz mówię ci o…

— O rysunkach. Słyszę. Do tego zawsze jesteś chętna.

Maya poczuła gorąco na policzkach. Spojrzała na matkę, ale ta kroiła ziemniaka.

— Przecież się uczę. Nie zawalam szkoły.

— I bardzo dobrze. Tego się trzymaj.

Maya zacisnęła palce na widelcu.

— Nawet nie zapytasz, jakie prace oddałam?

Matka uniosła wzrok.

— A co to zmienia?

Maya otworzyła usta. Przez moment patrzyły na siebie ponad stołem.

— Dla mnie zmienia.

Ostatnie słowo wyszło ciszej, niż chciała. Odchrząknęła.

— Lubię to. Chcę spróbować.

— Lubić to sobie możesz. Życie nie polega na robieniu tylko tego, co ci się podoba.

— Nie powiedziałam, że tylko…

— To przestań się ze mną spierać.

Maya odłożyła widelec. Uderzył o brzeg talerza.

— Nie rzucaj sztućcami.

— Nie rzucam.

— I nie odzywaj się do mnie takim tonem.

Serce biło jej tak mocno, że przez chwilę słyszała je w uszach. Przycisnęła język do podniebienia. Miała ochotę odsunąć krzesło i wyjść.

Matka wróciła do jedzenia.

— Mówię ci dla twojego dobra. Wybierz sobie coś porządnego, zamiast później żałować.

Maya patrzyła na talerz. W gardle miała ciasno.

— Jeszcze nawet nie wiem, czy mnie przyjmą — powiedziała. — Chciałam ci tylko powiedzieć, że zaniosłam prace.

— No i powiedziałaś. Jedz, bo wystygnie.

Przekroiła ziemniaka. Kawałek ześlizgnął się z widelca. Zostawiła go przy brzegu talerza i nabrała mniejszy.

Matka zapytała, czy zostało pieczywo na rano.

— W szafce — odpowiedziała Maya.

Do końca kolacji nie podniosła już tematu zajęć.

Kiedy zaniosła talerz do zlewu, matka odezwała się zza jej pleców:

— Opłucz od razu. Nie zostawiaj mi wszystkiego.

Maya odkręciła wodę. Nałożyła płyn na gąbkę i umyła talerz. Wytarła też mokry ślad na blacie.

Na schodach Pearl otarła się o jej nogę. Maya przykucnęła i wsunęła palce pod ciepłą brodę kotki. Pearl wyciągnęła szyję, naciskając na jej dłoń.

— No, wiem — szepnęła.

Została tak, dopóki z kuchni nie dobiegło przesuwanie krzesła.

W pokoju lampa nadal świeciła. Maya przymknęła drzwi i usiadła przy biurku.

Dolny płatek wciąż lekko odstawał. Maya przesunęła palcem po pustym miejscu obok i sięgnęła po ołówek.

Na fotografii sąsiedni płatek znikał częściowo pod tym, który już narysowała. Zaczęła od jego brzegu. Kreska wyszła ciężka, za ciemna.

Wybrać coś porządnego.

Starła linię. Na papierze została szeroka, szara smuga.

— No świetnie — szepnęła.

Odłożyła gumkę i oparła dłonie na kolanach. Oczy zaczęły ją piec. Patrzyła na rysunek, aż płatki rozmyły się przed nią.

Z dołu dobiegł szum wody.

Maya otarła policzek rękawem. Zasłoniła dłonią szarą smugę i popatrzyła na dolny płatek.

Jego brzeg nadal lekko się unosił.

Sięgnęła po czystą kartkę i przykryła nią rysunek.

Scena 5 / 6

Zwrot aparatu

W poniedziałek Noah przyszedł do pracowni przed pierwszą lekcją. Pani Bell siedziała przy komputerze. Postawił torbę z aparatem na biurku.

— Dzień dobry. Oddaję aparat.

— Dzień dobry. Ładowarka też jest?

— W małej kieszeni.

Rozpiął torbę. Bell wyjęła aparat, wysunęła z niego kartę pamięci i włożyła ją do czytnika. Noah postawił plecak obok krzesła i usiadł.

Na ekranie pojawiły się miniatury zdjęć.

— To z psem — powiedział, wskazując jedną z nich.

Pani Bell otworzyła zdjęcie na całym ekranie.

Na małym wyświetlaczu aparatu Noah musiał przybliżać obraz, żeby zobaczyć psa. Tutaj widział od razu jego jasne brwi i koniec ucha odgięty na zewnątrz. Pysk był skierowany ku wodzie. Wyżej, nad niskim murkiem, mężczyzna patrzył w tę samą stronę.

Noah przysunął krzesło do biurka.

— Prosiłeś, żeby popatrzyli na wodę? — zapytała Bell.

— Nie. Za długo ustawiałem aparat.

Uśmiechnęła się i sięgnęła po mysz.

— Mogę to wydrukować? — zapytał.

— Jasne.

Bell otworzyła podgląd wydruku. Noah oparł przedramiona o brzeg biurka. Na ekranie wokół fotografii pojawił się biały margines.

— Taki rozmiar?

Skinął głową.

Drukarka stojąca przy oknie wciągnęła papier.

— Wszystkie zdjęcia masz już w swoim folderze — powiedziała Bell.

— Dzięki.

Wydruk powoli wysuwał się na tackę. Noah czekał, aż drukarka go puści. Potem podniósł kartkę za biały brzeg.

Mężczyzna miał twarz zwróconą do wody. Przy jego butach leżał pies.

Noah wyciągnął z plecaka zeszyt. Otworzył go, wsunął zdjęcie między kartki i zamknął okładkę.

Scena 6 / 6

Drugie spotkanie

Kilka dni później Maya została przy stole, choć pozostali uczestnicy zajęć już chowali ołówki. Przed nią stał czerwony kubek z Elmo. Przechyliła głowę, porównując jego ucho z tym na swojej kartce.

— Możecie dokończyć w domu — powiedziała prowadząca. — Zabierzcie kubki ze sobą. Oddacie je na następnych zajęciach.

Maya dopisała małą kreskę przy cieniu i odłożyła ołówek. Schowała kubek do torby, a rysunek wsunęła do teczki, uważając, żeby nie zahaczyć rogiem o gumkę.

Przy drzwiach przepuściła dwie rozmawiające dziewczyny. Jedna obejrzała się i powiedziała „cześć”. Maya odpowiedziała, ale dziewczyna już wróciła do rozmowy z koleżanką.

Na dziedzińcu wiatr podniósł jej włosy z karku. Sięgnęła do zamka kurtki.

— Cześć, Maya.

Noah szedł od strony hali. Uniósł rękę.

Maya lekko zmrużyła oczy.

— Znamy się?

Zwolnił, a potem się uśmiechnął.

— Mogę pomachać jeszcze raz.

Parsknęła śmiechem i opuściła brodę. Noah zatrzymał się obok ławki.

— I jak z zajęciami?

— Przyjęli mnie. Dzisiaj były pierwsze.

— Jak poszło?

— Chyba dobrze.

Przesunęła kciuk po gumce teczki.

— Co rysowaliście?

— Kubek.

Spojrzała na teczkę.

— Zwykły, czerwony.

Noah oparł dłoń na pasku plecaka i czekał. Maya zerknęła na otwarte drzwi pracowni.

— Myślałam, że będzie łatwy — dodała. — Najdłużej siedziałam nad cieniem pod uchem. Na początku wyglądało, jakbym zrobiła mu dziurę.

Palcem wolnej ręki zatoczyła mały łuk.

— Dopiero jak poprawiłam brzeg, zaczęło to jakoś wyglądać.

Noah spojrzał na teczkę.

— Masz go tutaj?

— Tak, ale… jeszcze nie skończyłam.

Puściła gumkę, zanim zdążyła ją odciągnąć.

— Jasne.

Z ośrodka wyszła kolejna osoba. Oboje odsunęli się od drzwi, a Noah zerknął w stronę ulicy.

— Idziesz na przystanek? — zapytała Maya.

— Tak.

— Mam kawałek w tę stronę.

Ruszyli wzdłuż budynku. Teczka zawadzała jej o udo; przełożyła ją pod drugie ramię.

— A ty? Zdążyłeś coś zrobić tym aparatem?

— Trochę. Oddałem go w poniedziałek.

— Działał jeszcze?

Spojrzał na nią.

— Nawet ładowarka wróciła.

Maya uśmiechnęła się pod nosem.

Przy bramce Noah nacisnął klamkę i przytrzymał skrzydło. Tym razem przeszła od razu.

— Zrobiłem zdjęcie mężczyzny z psem — powiedział, kiedy zrównał się z nią na chodniku. — Nad wodą.

— Znałeś go?

— Nie.

— I tak po prostu zrobiłeś mu zdjęcie?

— Najpierw zapytałem.

— Ja bym chyba sfotografowała samą wodę.

— Też się nad tym zastanawiałem.

Popatrzyła na niego.

— Zapytałeś w końcu.

— No.

Na chodniku przed nimi dwie starsze kobiety zatrzymały się z torbami zakupów. Maya i Noah zeszli pojedynczo na skraj ścieżki. Dalej znów szli obok siebie.

— I wyszło? — zapytała.

— Jedno wydrukowałem.

— To z nimi?

Skinął głową.

— Obaj patrzą na wodę. Pies leży przy jego butach.

Przy najbliższym skrzyżowaniu zwolniła.

— Ja tutaj skręcam.

— Dobra. To cześć.

Zrobiła krok w stronę bocznej ulicy.

— Jak będziesz miał przy sobie, pokażesz mi to zdjęcie?

— Jasne.

— Z psem.

— Domyśliłem się.

Uśmiechnęła się i ruszyła w boczną ulicę.

Po ostatnim zdaniu

Co zostało z Tobą?

Dziękuję za czas spędzony z Noahem i Mayą. To początek historii, która wciąż powstaje.